Zdrowotny update część VI

Ostatnio mocno bloga zaniedbałem. W ogóle ostatnio dużo spraw zaniedbuję. Mam wrażenie, że nie ma we mnie już ani 25% dawnej energii. Budzę się bardziej zmęczony niż kładę się spać ale to ponoć powszechny objaw wojny w układzie pokarmowym.

Zbliżają się powoli dwa tygodnie od tajemniczego badania, o którym wspomniałem we wcześniejszym poście. Wątpię, że wynik będzie na czas ale niecierpliwię się już dosyć mocno. Ma tutaj miejsce paradoksalna sytuacja: jeśli wynik będzie pozytywny (jestem chory) to mam przesrane do końca mojego słabego życia ale przynajmniej wiem co mi jest. Jeśli w badaniu nie wyjdzie nic, to również mam przesrane bo nie wiem co mi jest. Wszystko dalej pozostaje niewiadomą. Oczywiście dam znać, kiedy już wszystko będzie wiadomo.

Miałem okazję ostatnio wrócić do loperamidu. Potwierdzam jednak to co opisałem już wcześniej w poście dotyczącym Reasecu: Reasec jest dużo skuteczniejszy w moim przypadku. Może na loperamid się już uodporniłem?

Jutro jadę do apteki po kolejne opakowanie Reasecu. Do tego natrafiłem na Buscopan, lek rozkurczowy. Głównym składnikiem leku jest hioscyna, związek działający podobnie do atropiny tyle, że nieco łagodniej. Chcę przetestować to jak to wpłynie na moje kolki jelitowe. Przez jakiś czas stosowałem atropinę ale zbiegło się to z moimi eksperymentami z SSRI i pewnym nawrotem objawów GBSopodobnych. Eksperyment z atropiną muszę zatem powtórzyć.

To chyba na tyle tego krótkiego wpisu. Zbliżają się Święta i Sylwester i na samą myśl o tym robi mi się słabo.

Opublikowano Ogólne | Skomentuj

Reasec – krótka recenzja

Postanowiłem, że podzielę się z Wami krótkim spisem wniosków ze stosowania leku o nazwie Reasec. Jak nietrudno się domyślić jest to lek przeciwbiegunkowy, mający wiele wspólnego z loperamidem. Jest też kilka istotnych różnic, które warto byłoby omówić.

Od dwóch tygodni czuję się dosyć słabo, powtórka z rozrywki sprzed roku kiedy mój układ pokarmowy zdecydował się reagować alergicznie na wszystko co miało postać stałą. Wtedy też lekarz POZ przepisał mi pierwszy raz Reasec. Lek wykupiłem jednak nie zdecydowałem się na zastosowanie, zamiast tego łykałem stary i sprawdzony loperamid. Coś mnie jednak tchnęło niedawno żeby sprawdzić z czym się Reasec je.

W skład Reasecu wchodzi difenoksylat, opioidowy lek przeciwbiegunkowy, który spowalnia perystaltykę jelit i wydłuża pasaż. Do tego dochodzi jeszcze dosyć mała dawka atropiny, której głównym celem jest odstraszenie amatorów brania opioidów w celach rekreacyjnych. W porównaniu do loperamidu, lek ten może mieć wpływ na układ nerwowy dlatego należy zachować ostrożność w przypadku chęci kierowania pojazdami w trakcie stosowania.

Moje odczucia po kilku próbach z tym lekiem są bardzo pozytywne. Początkowe obawy co do skuteczności i potencjalnych efektów ubocznych okazały się całkowicie nieuzasadnione. Mam wrażenie, że działa szybciej niż loperamid i nieco „delikatniej”. Do tej pory większe awarie udawało mi się zatrzymać 1-2 tabletkami Reasecu, co dzień po wojnie nie powodowało u mnie bolesnych skurczy i zaparć. Nie zauważyłem też objawów ubocznych, które dopadają mnie po „kuracji” loperamidem: senności, bólów głowy, parcia na mocz. Obstawiam, że wszystkiemu winna jest atropina, która działa rozkurczowo i paraliżująco na część układu nerwowego.

Podsumowując: chyba znalazłem dobry zamiennik dla loperamidu, który u mnie sprawdza się lepiej. Wadą jest niestety cena…

Opublikowano Ogólne | Skomentuj

SSRI – ostateczne starcie.

Wspominałem w poprzednim poście, że pora na zdrowotny update. Zdecydowałem, że jeden z jego elementów, a mowa o tytułowym SSRI, zasługuje na osoby wpis. Zaznaczam jednak, że w większości jest on oparty na moich własnych odczuciach i oczywiście nie należy go brać jako prawdę objawioną. A więc do rzeczy…

Kurację z użyciem SSRI zacząłem już dosyć dawno. Leczenie pod okiem psychiatry, ze stopniowo zwiększaną dawką. Wybór padł na paroksetynę w dawkach: 10 mg, 20 mg i 30 mg. Nie stawiałem oporu lekarzowi i zdecydowałem się, że potulnie będę łykał cokolwiek, co mogłoby uspokoić brzuch. A, że badań o skuteczności SSRI w IBSie jest sporo to nie pozostało mi nic innego jak tylko wykorzystać kolejną opcję leczenia.

Dawka 10 mg na dzień była dla mnie nieodczuwalna. Dopiero przy przejściu na 20 mg zaczęły się jajca. Albo raczej brak jajec… Otóż jednym z efektów, który zauważyłem w pierwszej kolejności jest spadek libido do jakiegoś karykaturalnego poziomu. Nic to, uznałem, że to i tak niska cena za możliwą remisję objawów IBSa. Co jeszcze mnie zaniepokoiło? Zauważyłem, że częściej dopadała mnie jakaś niezidentyfikowana senność w ciągu dnia. Również sen w nocy wydawał mi się mniej efektywny. Następnie, zgodnie z zaleceniami, zwiększyłem dawkę do 30 mg na dobę. Taką dawkę miałem trzymać 2 tygodnie i zgłosić się do lekarza, jeśli okaże się, że brzuch nadal żyje po swojemu.

Po wspomnianych 2 tygodniach nie zauważyłem żadnej różnicy w działaniu brzucha. Absolutnie wszystko po staremu, tak jakby nie miało to w ogóle żadnego związku ze sobą. Jedyne co widzę to to, że skutki uboczne są, zaś żadnych pozytywnych efektów terapeutycznych pewnie nie doświadczę nigdy. I tutaj zaczyna się kolejny ciekawy wątek, który świadczy tylko o moim geniuszu i tym, że powinienem się poważnie zastanowić nad tym, czy te wszystkie eksperymenty nie wyżarły mi reszty szarych komórek.

W piątek, w zeszłym tygodniu zdecydowałem, że odstawiam paroksetynę  na „zimnego indyka”. Nie sądziłem jednak, że przeżyję dzięki temu garść kolejnych super doświadczeń. Otóż już w sobotę poczułem się jakby dopadła mnie jakaś infekcja. Było to dla mnie tym bardziej zastanawiające, że nie miałem gorączki, nie bolało mnie gardło, a nos pozostawał w nienaruszonym stanie. Co mi dokuczało? Uczucie rozbicia, zmęczenia, jakieś dziwne bóle i wrażenie zbliżającego się obowiązkowego leżakowania. Nie to jednak było najgorsze. Do tego pakietu dołączyły również objawy, które w pierwszym momencie zjeżyły mi włosy na głowie. Nasilone parestezje (mrowienie, kłucie i wrażenie gorąco na przemian z zimnem), bóle korzeniowe, drętwienie nóg i rąk. Do tego uczucie gniotącego bólu w nogach. Wszystkie te objawy przypomniały mi jak wyglądał mój zespół Guillain-Barre. Nietrudno się domyślić, że byłem bliski spanikowania bo jeśli byłby to nawrót GBSa (to wtedy jest już CIDP) to byłbym w niezłym, ekhm, zadzie.

Na chwilę obecną wspomniane objawy nieco zelżały, pozostało jeszcze nieco „dziwne wrażenie” w kręgosłupie, które również kojarzę z epizodu GBSowego. Postanowiłem jednak, że jeśli sytuacja się powtórzy raz jeszcze, udam się z tym do lekarza. Jakieś mocniejsze lub słabsze parestezje towarzyszą mi stale ale nigdy jeszcze nie były one tak nasilone. Czy mogę gwałtowne odstawienie SSRI obwiniać za taki stan rzeczy? Oczywiście zbieżność w czasie nie oznacza bezpośredniego związku przyczynowo-skutkowego…

Panika minęła ale to nie koniec atrakcji. W poszukiwaniu informacji i doświadczeń innych chorych z odstawianiem SSRI trafiłem na pewne hyperforum. Tam też potwierdziły się wszystkie moje obserwacje i obawy. Kiedyś natrafiłem tam na informację jakiegoś bardziej doświadczonego użytkownika, że od majstrowania przy serotoninie należy trzymać się z daleka bo efekty tego typu zabaw mogą być opłakane w skutkach. Znajdą się też relacje osób, które odstawiały nagle leczenie i nic złego im się nie stało ale przecież ja nigdy nie mogę być w tej szczęśliwej grupie.

Dodatkowo zauważyłem, że od czasu kiedy odstawiłem SSRI dopadły mnie „brain zaps„. Nawet nie wiedziałem, że coś takiego jest i że zostało to już dawno udokumentowane jako dosyć powszechne zjawisko. Czym to się objawia? Napadowym wrażeniem jakby przez tył głowy przepływał prąd elektryczny. Mało sympatyczne i dosyć irytujące odczucie. Mam nadzieję, że z czasem minie.

A i jeszcze jedna rzecz. W trakcie stosowania dawki 30 mg miałem wrażenie jakby mój mózg wszedł na stały, jałowy bieg. Nie byłem w stanie się w pełni skoncentrować i zmusić do jakiegoś poważniejszego wysiłku umysłowego. Okazało się, że nie tylko mnie dopadły takie efekty stosowania SSRI.

W ramach zakończenia chciałem wspomnieć, że nie neguję skuteczności SSRI w leczeniu depresji czy innych chorób. Nie twierdzę też, że należy robić wszystko na własną rękę i odstawiać leki z dnia na dzień, co jak widzę po własnym przykładzie, może być niezbyt przyjemne. Post ten miał jednak za zadanie pokazać, że wszystkie leki wpływające na równowagę neuroprzekaźników czy hormonów należy traktować poważnie i liczyć się z tym, że wybijanie organizmu nimi z pewnego punktu równowagi nie zawsze musi kończyć się samymi pozytywnymi odczuciami.

Opublikowano Ogólne | Skomentuj

Piątek 13-go

Nie wierzę w przesądy, ani żadne zabobony. W zasadzie w nic nie wierzę bo nie ma ku temu większych powodów, a już tym bardziej w to, że piątek 13-go może być jakimś wyróżniającym się dniem. Chciałbym kiedyś powiedzieć, że wierzę w siebie ale to chyba w tym wcieleniu jest nie do zrobienia. Aaa, przecież innych wcieleń nie ma więc to w sumie przegrana sprawa.

W zeszły piątek byłem w zespole orzekania o niepełnosprawności. Stare orzeczenie wygasło więc nadeszła pora na odnowienie tego papierka. Oczywiście nie obyło się bez mnóstwa problemów takich jak to, że nie dostałem w terminie powiadomienia o niekompletności dokumentacji medycznej (jak to dobrze, że państwowa Poczta Polska jest taka rzetelna). Ze zdobyciem potwierdzonych kopii kartotek lekarskich również były problemy ale ostatecznie udało mi się skompletować całą makulaturę. Termin komisji: 13.11.2015 r. o godzinie 15:30. Jak się potem okazało, godzina 15:30 jest w okolicach 18 ale to w sumie żaden problem…

Lekarz, który przeprowadzał badanie (specjalista chorób wewnętrznych) sprawiał wrażenie jakby zespół Guillain-Barre to nie była choroba układu nerwowego tylko francuska kapela jazzrockowa. Ostatecznie jednak wszystkie formalności udało się załatwić w miarę sprawnie.

W trakcie oczekiwania na moją kolej wydarzyło się jednak coś co wydało mi się godne odnotowania. Poczekalnia była pełna ludzi, którzy rzeczywiście nie czekali w kolejce bez powodu. W skład tego tłumu wchodził też pewien pan w okolicach czterdziestki. Był wychudzony i wyglądał na mocno przejętego. Jako jeden z nielicznych się przywitał wchodząc do poczekalni i kulturalnie pytał o zasady przyjmowania pacjentów. Jako, że byłem ostatni, a ów pan był przede mną, kiedy nadeszła jego pora, w poczekalni nie było już nikogo. Wyszedł z gabinetu i podszedł do mnie, co początkowo mnie dosyć mocno onieśmieliło. Nie potrafię przytoczyć dokładnych jego słów ale powiedział coś co spowodowało, że chyba jeszcze długo będę miał tę historię przed oczami. Powiedział, że na 100% uda mu się dostać zasiłek bo z kasą u niego krucho. Przyznał się, że choruje na raka przełyku i niebawem czeka go wizyta na gliwickiej onkologii. Jest jednak dobrej myśli bo ma dla kogo walczyć, a on sam nigdy się nie poddaje. Niedawno urodziła mu się córeczka więc dla niej chce pokonać chorobę i wie, że mu się uda. To co mnie najbardziej uderzyło w tym co mówił to to, że był tym tak przejęty, że aż miałem ciarki na plecach. Po wszystkim podał mi rękę oraz życzył zdrowia i powodzenia we wszystkim. Życzyłem mu również wszystkiego dobrego choć w duchu czułem, że moje życzenia w starciu z matką naturą mogą być zbyt słabe. Niemniej jednak, z całego serca życzę temu panu niezmierzonych pokładów siły i zdrowia.

Mam wrażenie, że im jestem starszy tym mniej odporny na wszelkie tego typu historie.

Kolejną sprawą, która spowodowała, że na chwilę w moich żyłach krew się zatrzymała była wieść o zamachach w Paryżu. Nie będę się jednak rozwodzić nad całym tym politycznym gównem, które stoi u źródła problemów z terroryzmem. Przeraziły mnie filmy oraz zdjęcia z miejsc ataków i przeszła mi przez głowę tylko jedna myśl. Jak to jest, że w XXI wieku, kiedy ludzki umysł dokonuje fantastycznych odkryć, kiedy zakumulowana wiedza i kapitał dają człowiekowi niespotykane wcześniej możliwości do rozwoju i szczęśliwego życia, nadal po świecie chodzą osoby dla których życie i zdrowie ludzkie nie ma żadnej wartości. Jak bardzo wyprany z uczuć i wyobraźni musi być ludzki umysł by w imię ideologii, niezgodności poglądów czy innych „abstrakcyjnych” konstrukcji był on zdolny zadawać niewinnym ludziom ból. Jak to jest, że kiedy ludzkość gnębi tyle nierozwiązanych problemów, nadal pojawiają się ludzie, którzy dokładają kolejnych marnując ludzkie życia i ich dorobek.

Do tego dochodzi jeszcze kilka niemiłych wieści z mojego małego świata, które właśnie w piątek się ujawniły. Kończę jednak to przydługie zanudzanie bo gadaniem niczego nie zmienię.

Czeka mnie też nieco dłuższy zdrowotny update bo trochę się nowinek nazbierało.

A na koniec życzę wszystkim Czytelnikom jak najwięcej siły i nienagannego zdrowia!

Opublikowano Ogólne | Skomentuj

Na dobre i na złe odc. 613 – znajoma historia

Wczoraj miałem okazję oglądać odcinek serialu „Na dobre i na złe”. W zasadzie nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego gdyby nie pewien wątek, który się w nim przewinął, a który szczególnie mocno mnie dotknął. Zabawne też było uczucie pewnego rodzaju reminiscencji po ujrzeniu przeze mnie kilku znajomych mi obrazów.

Spory fragment całego odcinka zajęła historia pewnej młodej kobiety w ciąży. Z powodu niedawno przebytej infekcji (była mowa o grypie) i utrzymującemu się stanowi podgorączkowemu, lekarz prowadzący nakazał pacjentce pozostanie na oddziale co okazało się bardzo rozsądną decyzją. W trakcie pobytu w szpitalu przyszła mama doznała pewnych niepokojących objawów w postaci drętwienia rąk. Objawy dosyć szybko postępowały co mocno zaniepokoiło lekarzy, którzy zdecydowali się na kompleksową diagnostykę. Z czasem stan pacjentki pogorszył się drastycznie. Wykonano punkcję lędźwiową i postawiono diagnozę: zespół Guillain-Barre. Nie sądziłem, że uda mi się trafić na odcinek traktujący o tej dosyć niepopularnej przypadłości.

Siłą rzeczy obrazy, które do mnie docierały, przypomniały mi ten horror przechodzenia przez ból i postępujący paraliż. Przebieg mojego przypadku był nieco inny niż ten przedstawiony w serialu (pacjentka nie skarżyła się na dolegliwości bólowe jednak ostatecznie choroba doprowadziła do niewydolności oddechowej) jednak doskonale wiedziałem o czym była mowa. Już w momencie kiedy pacjentka doznała pierwszych objawów, poprzedzonych infekcją grypopodobną domyślałem się do czego to w ostateczności może poprowadzić.

Wiem, że to wyidealizowany świat z telewizyjnego ekranu ale zadziwiła mnie szybkość z jaką lekarze doszli do tego, z czym mają do czynienia. Ja na diagnozę czekałem bardzo długo i pewnie czekałbym jeszcze dłużej gdyby nie pewne zbiegi okoliczności. Wmawianie mi, że wcale mnie nogi nie bolą, że symuluję albo boli bo rosnę spowodowały, że diagnostyka trwała na tyle długo, że gdybym miał niefarta trafić na agresywną postać zespołu Guillain-Barre, najpewniej dzisiaj byłbym w zdecydowanie gorszym stanie. W moim przypadku leczenie ograniczyło się do dużych dawek sterydów, antybiotyków i leków przeciwwirusowych. Serialowa pacjentka miała jeszcze to „szczęście”, że zdążono wdrożyć wlewy z immunoglobulin.

To by było na tyle tego ponurego wpisu. GBS to nie koniec świata choć sama choroba nieco pokazuje jak ten koniec może wyglądać.

Opublikowano Ogólne | Skomentuj